Dlaczego lubię podróże „na stopa”?

Oczywiście, dlatego że można poznać wiele osób, odbyć jeszcze więcej ciekawych konwersacji, zobaczyć miejsca, których odwiedzenia nie miało się w planie, dowiedzieć się lokalnych ciekawostek. Poza tym nie trzeba za nic płacić i dzielić miejsca w ciasnym wagonie czy dusznym autobusie.

Nigdy nie myślałam poważnie o tej formie przemieszczania się, dopóki nie poznałam Kuby. To on pokazał mi, że można spędzić tydzień w Sopocie, bawiąc się wybornie bez grosza przy duszy. I mówiąc „bez grosza przy duszy” nie mam na myśli wcale tego, że mieliśmy po 500 złotych na drobne wydatki i rodziców gotowych przetransferować na konto każdą sumę pieniędzy. Byliśmy w drugiej klasie liceum, nie mieliśmy nic, szczególnie w portfelach. Udowodnił mi on także, że obchody bitwy pod Grunwaldem to super impreza, na którą nie trzeba zabrać niczego poza namiotem, a najlepiej dotrzeć na nią właśnie stopem. Tak samo było też z Woodstockiem. Że w góry można pojechać za darmo. By zobaczyć swoje pierwsze wynajmowane mieszkanie w Poznaniu wcale nie trzeba używać samochodu, czy pociągu. Mogłabym wymieniać bez końca.

stop 2

Czasy bez smartfonów, z mapą w ręce i w oczekiwaniu na podwózkę za jeden uśmiech:)

Wspominam te wspaniałe czasy liceum z wielkim uśmiechem. Zupełnie nie czułam, że grozi nam cokolwiek złego w związku z tym, że lubiliśmy podróżować stopem. Przytrafiały nam się same dobre historie, którym towarzyszyło wiele śmiesznych wątków.

Kierunek Poronin

Na przykład wtedy, gdy jechaliśmy we wspomniane góry. Mieliśmy spotkać się tam ze znajomymi, którzy jako środek transportu wybrali pociąg. I gdy oni o 6 nad ranem wsiadali do pociągu w Olsztynie, my kładliśmy się spać. Bez zbędnego pośpiechu wylądowaliśmy na olsztyńskiej wylotówce dopiero o 14. To nic, że mieliśmy do przejechania całą Polskę, a wieczorem umówieni byliśmy na piwo w Poroninie. Nie pamiętam, ile aut musiało się zatrzymać, by udało nam się dostać do Warszawy. Za to pamiętam, że tym, który nas do niej dowiózł, był pijany ksiądz. Poza tym, że alkohol niczym szatan sponiewierał jego ciało, miał tak wyraźną wadę wzroku, że głęboko wątpię, iż był on w stanie zobaczyć nasze twarze. Pytał nawet czy któreś z nas ma prawo jazdy, bo on nie czuje się na siłach by jechać dalej… Nie mieliśmy.

Widziałam śmierć, ale myślałam sobie, że zginąć z księdzem to tak, jakby trzymać bilet wstępu do raju, więc zacisnęłam mocno ręce, zamknęłam oczy i obudziłam się na Dworcu Centralnym. Tam bowiem zdecydował się nas wysadzić i wcisnąć 100 złotych do ręki. Kazał jechać dalej pociągiem. Było już ciemno, więc jego pomoc i rada wydawały się najsensowniejszym krokiem, jaki mogliśmy wcielić w życie. W trakcie, gdy kupowaliśmy bilety do Krakowa, już dawno powinniśmy być na południu Polski. Dotarliśmy tam o 2 nad ranem, włóczyliśmy się po starówce przez kilka godzin, by następnego dnia po 7.00 wysiąść w Poroninie. Nie mogę nie wspomnieć o najgorszej części tego wyjazdu, bowiem zaraz po śniadaniu wylądowałam w szpitalu. Szybko się jednak zregenerowałam i potem było już tylko lepiej.

stop

Znalezienie dobrego miejsca na łapanie stopa to nie taka łatwa sprawa

Pościg za parą autostopowiczów

Kolejny zabawny autostopowy raz miał miejsce, gdy jechaliśmy do Poznania, do którego właśnie się wprowadzaliśmy. Jedliśmy obiad w jakimś rowie za Toruniem, gdy nagle zatrzymał się samochód. O super, wsiadamy! Wrzuciliśmy plecaki do bagażnika, wygodnie rozsiedliśmy się na fotelach i gdy sympatyczny kierowca już, już miał wcisnąć pedał gazu, w radiu nadali komunikat: „Trwa pościg za parą autostopowiczów, która przy użyciu broni próbowała wyłudzić pieniądze”. Nie mogłam powstrzymać śmiechu, a jednocześnie wyobrażałam sobie, co ten biedny Pan sobie teraz myśli. Spojrzał na nas z przerażeniem i naprawdę myślałam, że będzie kazał nam wysiąść. Ale on tylko zapytał drżącym głosem: „To nie Wy, prawda?”. Chyba dobrze nam z oczu patrzyło, bo uwierzył i dowiózł do samego Poznania.

Kierunek Praga

Innym razem, gdy zdecydowałam się na zupełnie spontaniczny wypad do Czech z koleżanką, groziła nam noc pod gołym niebem 100 km od Pragi, do której próbowałyśmy się dostać. Nie bardzo pamiętam nazwę wsi, w której przyszło nam łapać stopa, ale jedno było pewne – droga, przy której siedziałyśmy, była jedną z mniej uczęszczanych dróg w całych Czechach. Gdy godziłyśmy się z faktem spędzenia nocy w rowie, nagle zatrzymał się samochód z dwoma sympatycznymi dziadkami z Polski, którzy jechali do pracy w fabryce Skody w Mladá Boleslav. Standardowa rozmowa o tym, że w Polsce źle i tragedia, dzieci mądre, wnuki fajne, a żony gotują dobre żeberka. Po czym zapytali, gdzie mają nas wysadzić – na dworcu, czy chcemy może dalej próbować szczęścia z kciukiem uniesionym ku górze. Była 22:00, żadna opcja nie była rozwiązaniem. Nie miałyśmy pieniędzy na bilet i wiedziałyśmy, że pora na powodzenie w złapaniu czegokolwiek poza kopniakiem w brzuch, czy uderzenie w potylice była niewielka. Nagle oświeciło naszego kierowcę i wybawcę! Powiedział, że przecież może nas przenocować! W robotniczym hotelu! Zaufałyśmy mu tak, jak ufa się dziadkom i skorzystałyśmy z opcji noclegu w Mladá Boleslav. Nigdy nie zapomnę wzroku mężczyzn, którzy palili papierosy przed tym hotelem i śledzili każdy nasz krok podczas przekroczenia progu. Dziadek, który wiedział, że każdy z kilkunastu dni pracy, które mu zostały, przybliża go do emerytury, dał nam pokój i herbatę, a rano odwiózł na wylotówkę, z której w trybie ekspresowym przedostałyśmy się do centrum Pragi.

Było więcej podróży autostopem, które czasem stawały się wyjątkowe tylko ze względu na sam sposób transportu. Nie będę nikogo przekonywała, że warto chociaż raz wybrać się na taką wycieczkę, bo rozumiem, że to nie jest dla wszystkich. I nie wszystkich cieszy tak samo. Ja jednak pozostanę fanką tego typu podróżowania, bo za każdym razem, gdy pojawia się opcja podróży autostopem, przenoszę się w czasie i znów życie maluje się kolorami liceum.

Aneta Ruszczyńska

Aneta Ruszczyńska

Zawsze służy dobrą radą i potrafi rozbawić każdego do łez. Choć jej sercu bliższa jest Europa Wschodnia, a podróżując po Ukrainie czuła się jak w domu, to od 1,5 roku mieszka w USA - obecnie w Nowym Jorku. Korzystając z tego nie marnuje żadnej okazji, by poznawać Stany kawałek po kawałku. Na stronie więc przybliży nam życie za Oceanem i pochwali się tym, co udało jej się do tej pory zwiedzić.
Aneta Ruszczyńska
OBSERWUJ NAS Facebookinstagram
UDOSTĘPNIJ Facebooktwittergoogle_plus