Kiedy później znaczy lepiej i taniej, czyli jak lecieć do Rio, a wylądować w São Paulo

Nikt nie lubi, gdy przypadek wraz z pechem zakłócają misternie przygotowany plan idealny. Pojawia się siła wyższa, miesza i komplikuje, a my nie mamy wpływu na bieg wydarzeń. Boli to jeszcze mocniej, gdy coś idzie nie po naszej myśli już na początku wyczekiwanych i zasłużonych wakacji. Takiego cierpienia doświadczyliśmy na lotnisku w Paryżu, gdy zwarci i gotowi, by wsiąść do samolotu do Rio de Janeiro, tuż przed wejściem na pokład zostaliśmy poinformowani, że dziś nigdzie nie polecimy.

Dlaczego my? Jak to? Jest 23.35 i co dalej? Przecież my mamy plan!

Pewnie tak jak i dziesięcioro innych pasażerów tego lotu, którym odmówiono wstępu na pokład z powodu niewystarczającej liczby miejsc, spowodowanej zmianą samolotu. Kiedy wszyscy inni uzyskali już informację o alternatywnych lotach, które miały odbyć się następnego dnia, my dalej czekaliśmy na jakiekolwiek wieści. Oparci o blat, wystukiwaliśmy palcami nikomu nieznane kompozycje, patrząc na kołujący na płycie lotniska samolot do Rio i żartując ze swojego pecha. Po 20 minutach oczekiwania najpozytywniejsza pracownica Air France podeszła z naszymi paszportami i dwoma rodzajami informacji – pozytywnymi i negatywnymi. Bez pytania i skrupułów zaczęła od tych ujemnych.

Niestety, najbliższy lot, który umożliwi Wam Waszą przesiadkę, jest jutro o 21.

Nie zdążyliśmy otworzyć ust ze zdziwienia i zbombardować jej serią pytań, gdy ona klepiąc mnie po ramieniu zasypała nas plusami.

…Ale proszę się nie martwić, będziecie mieli zapewniony nocleg. Zaraz podamy Wam kolację, żebyście nie szli spać głodni. Rano zjecie śniadanie w hotelu. Tu są dwa vouchery na jutrzejszy obiad w dowolnej restauracji na lotnisku. I oczywiście należy Wam się odszkodowanie. Możecie wybrać 600 euro lub 800 euro na bilety liniami Air France, KLM etc.

I tu zgodnie pomyśleliśmy, że ten pech to mała wygrana. Co prawda nasze plany zmieniły się i zamiast dnia spędzonego w hostelu po argentyńskiej stronie wodospadów Iguaçu i odreagowywania długiego lotu, czekał nas nieco intensywniejszy dzień po brazylijskiej stronie tego cudu natury.

Wraz z grupą Brazylijczyków, którzy nie tylko tworzyli spiskowe teorie o tym, że są pasażerami gorszego sortu, bo nie zostali wpuszczeni na pokład, ale też pytali, czemu nie ma wśród nas Francuzów, przeszliśmy puste lotnisko, odebraliśmy kosmetyczki SkyTeam z niezbędnikiem wykiwanego pasażera i trafiliśmy do hotelu.

Nasz posiłek wykiwanego pasażera

Nasz posiłek wykiwanego pasażera

Na mojej bucket list od dawna było marzenie o spaniu w hotelu przy lotnisku. Od kiedy pamiętam chciałam tak po prostu usiąść w hotelowym korytarzu, patrzeć na zabieganych ludzi, którzy spieszą się na samolot, albo tych zmęczonych, którzy dopiero co wylądowali i zastanawiać się gdzie byli, skąd pochodzą i gdzie będą jutro. A do tego obudzić się przy dźwięku lądującego lub startującego samolotu. Każdy ma jakieś niepospolite marzenia – ja jednak nie oczekiwałam, że moje zostanie zrealizowane przed czterdziestką. Mam przecież w zwyczaju wybieranie hosteli, a jak jest potrzeba spania w okolicach lotniska, to po co płacić za hotel, skoro na lotnisku też może być wygodnie. I wiem, że to nie tylko mój sposób myślenia, bowiem sleepingattheairport.com działa dość prężenie nie bez przyczyny.

Poniedziałek rozpoczęliśmy od francuskiego śniadania i planowania szybkiego wypadu do miasta przed naszym nocnym lotem. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że nic z tego nie będzie. Jako, że cała nasza rezerwacja została wywrócona do góry nogami, zmienił się przewoźnik, a według wstępnej informacji nasze bagaże właśnie za chwilę miały lądować w Rio, spędziliśmy cały dzień na paryskim lotnisku. Odsyłano nas z terminalu pierwszego na trzeci, z góry na dół. A że lotnisko jest jednym z największym na świecie, to też przemieszczanie się po nim zajmuje dużo czasu.

Lotniskowa bieganina czas start

Lotniskowa bieganina czas start

Chociaż dobrym jedzeniem poprawialiśmy sobie humory

Chociaż dobrym jedzeniem poprawialiśmy sobie humory

Godzinę przed odlotem byliśmy już przy bramce. Siedząc na swoich miejscach, patrzyliśmy jak samolot wypełnia się pasażerami i szykuje do odlotu. Po całkiem dobrej samolotowej kolacji usnęliśmy, by po kilku godzinach obudzić się już nad Ameryką Południową z ciepłą kanapką pod nosem. Zapach gorącego powietrza, który dało się czuć już w rękawie zaraz po opuszczeniu samolotu, zapowiadał same pozytywy!

Tak przywitało nas Sao Paulo

Tak przywitało nas Sao Paulo

Sao Paulo z lotu ptaka

Sao Paulo z lotu ptaka

Już po wylądowaniu dało się poczuć ciepły klimat

Już po wylądowaniu dało się poczuć ciepły klimat

Dwie godziny oczekiwania na samolot do naszej destynacji – Foz do Iguaçu, spędziliśmy w Bob’s czyli brazylijskim fast-foodzie, spijając najlepszego shake na bazie słodkości z tego kraju o nazwie paçoca.

Takie widoki podczas lądowania w Foz do Iguaçu

Takie widoki podczas lądowania w Foz do Iguaçu

No i dotarliśmy do Foz do Iguaçu

No i dotarliśmy do Foz do Iguaçu

W kolejnym wpisie dowiecie się, gdzie wybraliśmy się następnego dnia :)

Aneta Ruszczyńska

Aneta Ruszczyńska

Zawsze służy dobrą radą i potrafi rozbawić każdego do łez. Choć jej sercu bliższa jest Europa Wschodnia, a podróżując po Ukrainie czuła się jak w domu, to od 1,5 roku mieszka w USA - obecnie w Nowym Jorku. Korzystając z tego nie marnuje żadnej okazji, by poznawać Stany kawałek po kawałku. Na stronie więc przybliży nam życie za Oceanem i pochwali się tym, co udało jej się do tej pory zwiedzić.
Aneta Ruszczyńska
OBSERWUJ NAS Facebookinstagram
UDOSTĘPNIJ Facebooktwittergoogle_plus