Kiedy trzydziestka nie płynie z prądem…

Z biegiem lat zmienia się wszystko. Sprężystość skóry, stan cywilny i przemiana materii. Innego znaczenia nabierają słowa „zaraz”, „miłość” czy „daleko”. W dzieciństwie wyjazd do stolicy województwa- Olsztyna, zdawał się być szalenie czasochłonny, miłość oznaczała przede wszystkim bliskość i obecność, a „zaraz” trwało zbyt długo. Dziś wiadomo, że kochać można nawet bez fizycznej bliskości drugiej osoby, znaleźć się na drugim końcu świata chociażby jutro, a słowo „zaraz” zdaje się brzmieć jak najgorsze przekleństwo. Zaraz możesz nie zdążyć z posiadaniem dzieci. Zaraz może być za późno na studia. Zaraz będziesz musiała odessać tłuszcz. Zaraz będziesz miała 30 lat! A przecież w planach małej marzycielki w okolicach 30 miała rozkwitać stabilna kariera. Ktoś miał też zamontować podgrzewaną podłogę w łazience, a dwóch małych przystojniaków w mini conversach miało szykować się na obiad do babci.

Nagle jednak budzisz się po swojej hucznej osiemnastce, ciągle wydaje Ci się, że czujesz ból osiemnastu pasów na swoich pośladkach, a tu niespodziewanie wszystkie sklepowe przestają pytać o dowód osobisty, a na dodatek coraz więcej osób mówi do Ciebie per pani! Oczekiwania rosną, zwiększa się liczba obowiązków. Ty jednak ciągle cieszysz się beztroskim życiem i bez większej precyzji rzucasz, że przecież kiedyś się ogarniesz. Tak do trzydziestki. A teraz może coś szalonego- egzotyczny wyjazd, wolontariat w Chile, praca przy jakimś angielskim taśmociągu ? Pomieszkam tu, pojadę tam, odłożę jakiś grosz, czy dwa i może znów polecę do Brazylii? I ona naprawdę tak robi!

Zazdroszczę jej tej pewności. Tego, że wierzy, iż podjęte przez nią decyzje są jedynymi słusznymi.

Myślę sobie, gdy patrzę na moją koleżankę, Janę. To ona bowiem jest tytułową trzydziestką, która przestała płynąć z prądem. Łatwo jest opowiadać, że każdy żyje jak chce, że trzeba wyluzować, korzystać z życia. Ale nie tak łatwo spotkać ludzi, którzy te wzorce i utarte modele zachowań rzeczywiście odrzucają. Nie marzą o wielkich karierach, jeszcze większych samochodach i największych iPadach.

Ciekawe czy ona w ogóle myśli o przyszłości. Zastanawiam się, czego się boi i o czym marzy.

Ale nie pytam. Przecież dopiero się poznałyśmy. Nie chcę żeby pomyślała, że jestem wścibska. Dzielimy więc hamak pod bananowcem i rozmawiamy o podobieństwach Czechów i Polaków. Okazuje się też, że „cyckowa wygoda” i „polnyj zapierdalajec” wcale nie istnieją w czeskim języku. Za to čerstvý (czerstwy) oznacza świeży, droga to narkotyki, a nasze placki ziemniaczane, czyli ich bamboraki najlepiej smakują z musem jabłkowym.

DSC04265

Z każdą kolejną rozmową zbliżamy się do siebie, zadaję więcej pytań dotyczących jej stylu życia, aż w końcu po kilkunastu miesiącach od ostatniej pogawędki, spotykamy się w Danii, sadzam przed sobą i słucham! Teraz, sztywną rozmowę dopiero co poznanych osób, zastępuje przyjacielska, szczera rozmowa. Pytam skąd, kiedy, jak, po co i gdzie, a ona odpowiada.

Od 14 roku życia marzyłam o podróżach. Wiedziałam, że jest to coś, co chcę robić. Wtedy jeszcze nie wiedziałam jak. Mama, która samotnie wychowywała mnie i moją siostrę w małej miejscowości na południu kraju, nie była w stanie wesprzeć moich marzeń, jakkolwiek inaczej niż dobrym słowem.

To, co uniemożliwia ludziom realizację ich celów to brak cierpliwości i niezdawanie sobie sprawy, ze wszystko jest procesem. Wiedziałam zarówno o tym, że na podróże potrzebne są pieniądze jak i o tym, ze poza Czechami można zrobić więcej i szybciej. Pomyślałam o Austrii i nauczyłam się niemieckiego. Spędzałam tam każde wakacje po ukończeniu liceum, próbując odłożyć jak najwięcej.

Poszłam na studia, bo każdy szedł. Wybrałam antropologię, bo powiązana była z podróżowaniem i odkrywaniem. Pierwszy semestr był jednak rozczarowujący. Nie lubiłam uczelni, niektórych studentów i nudnych wykładowców. Myślałam nawet żeby rzucić ten kierunek, ale po pierwszym semestrze rzeczywiście zafascynowałam się tematem i gdyby nie dziki zew do podróży dziś pewnie kończyłabym doktorat z antropologii.

Pierwszy poważny wyjazd to Nowa Zelandia tuż po ukończeniu drugiego roku studiów. Zabrakło mi jednak odwagi i doświadczenia na samotną podróż na drugi koniec świata, wiec zabrałam ze sobą siostrę. Postanowiłam zrobić przerwę, która miała trwać tylko jeden semestr. Możesz zgadywać jak to się skończyło, ale nie będzie to trudne. Zostałam rok.

Była to moja dziewicza, poważna wyprawa i radość, którą ciężko opisać. Pierwsze tygodnie upłynęły pod znakiem dalszych i bliższych wycieczek z przyjaciółmi mojej siostry. Wierzę w to, że podróżując dajemy sobie szansę na to, że spotka nas coś dobrego. Zgodnie z tymi wierzeniami spotkałyśmy czeską parę, która pozwoliła nam spędzić kilka dni w swoim domu, do czasu w którym znalazłyśmy pracę. Nie szukałyśmy długo. Szybko dostałyśmy ofertę pracy przy zbiorze kiwi. Potem pojawiła się w moim życiu wielka chilijska miłość w kraju po drugiej stronie globu. Po trzech miesiącach pracy razem z siostrą i chłopakiem kupiliśmy używanego campera. Wtedy pierwszy raz poczułam jak wiele satysfakcji i frajdy sprawia życie na czterech kółkach. Od poniedziałku do piątku chodziliśmy do pracy, noce spędzaliśmy w naszym mobilnym domu zaparkowanym przy cmentarzu. W weekendy za to chodziliśmy na plażę i zwiedzaliśmy.

To co podobało mi się w tym kraju to fakt, że wszystko było spokojne i bezpieczne. Nikt nie odczuwał nawet potrzeby zamknięcia samochodu. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że za kolejny rok ten nowozelandzki luz to coś, co docenię jeszcze mocniej.

Powrót do rzeczywistości nie był łatwy, ale konieczny. Skończyłam studia, kelnerowałam w Londynie, a wszystko po to, by móc odwiedzić ukochanego w Chile. Pierwszy miesiąc Ameryce Południowej to przede wszystkim intensywny kurs hiszpańskiego. Wyjeżdżając tam znałam jedynie podstawy języka, a wiedziałam, że niedługo zacznę pracę z dziećmi, którym zwykłe „nie, bo nie” nie wystarczy. Przez kolejne miesiące odbywałam wolontariat w Domu Dziecka dla chłopców w Santiago. Ciężko było mi się pogodzić, że codziennie traciłam aż dwie godziny mojego życia na dojazd i powrót z pracy w komunikacji miejskiej. Studiując w Pilźnie nigdy tego nie doświadczyłam. Dwadzieścia minut w autobusie zdawało się wiecznością. W żadnym nowozelandzkim mieście nie czułam tej przytłaczającej mocy komunikacji miejskiej, gdyż żadna nie była tak rozbudowana jak w ponad 5 milionowym Santiago. Ale jeszcze cięższe doświadczenia czekały na mnie w samym Domu Dziecka. Najbardziej utkwił mi w głowie ten moment, w którym na jaw wyszło, że kilkunastoletni chłopiec zgwałcił swojego młodszego kolegę, przez co wszystkie dzieci zostały „ukarane” niemożliwością opuszczenia budynku i zabawy na podwórku ze względu na policyjne przesłuchania. Może wydawać się to dziwne, ale te dzieci naprawdę rzadko opuszczały ten budynek. Takie wyjście nie było bezpieczne, groziło ucieczką, a ponadto… tam po prostu nie było gdzie pójść. Do dziś mam też w głowie krajobraz Santiago z wychudzonymi masami, smutnych, bezdomnych psów. Starałam się je dokarmiać i pomagać jak mogłam, ale tak by nie zostać przez nie osaczoną, jak na początku, gdy karmiąc je w parku ludzie zaczęli mi robić zdjęcia, ponieważ wokół mnie zbudowała się psia wyspa.

Jana Sao Paulo

Pomimo wszystko ten kraj pomógł mi rozkochać się w Ameryce Południowej i zbudować swego rodzaju więź, która popychała mnie do pomagania. Ciężko zmienić świat, ale nikt nie zabrania próbować. Myślę, że wszelkie zmiany najlepiej wdrażać u najmłodszych.

Po roku wróciłam do Europy. Podobny scenariusz, czyli trochę czasu spędzonego z rodziną, kilka miesięcy za granicą i kolejna przygoda.

Padło na Brazylię. Dlaczego? Zakończenie związku pokazało mi, że mogę podjąć decyzję bez zbędnych analiz, czyich życzeń i oczekiwań. Siedziałam wiec przed mapą, z wzrokiem skierowanym na jej lewą część i bez zastanowienia powiedziałam samej sobie, że pojadę do największego kraju Ameryki Południowej. Wylądowałam w Rio de Janeiro. Znajomość hiszpańskiego pomogła mi nieco w odnalezieniu się w tym kraju, jednak szybko musiałam opanować portugalski. Znów przecież miałam pracować z dziećmi. Nie do końca owocna współpraca z organizacją pozarządową pozwoliła mi zamieszkać w jednej z favel miasta Boga- Rosinha i nauczać dzieci angielskiego.

To zdecydowanie jedno z najmocniejszych doświadczeń mojego życia. Zrozumiałam na czym polega życie w faveli. Stałam się członkiem społeczności, ludzi cieszyła moja obecność, wiedzieli, że robię coś dobrego, dlatego czułam się bezpieczna. W skali bezpieczeństwa w favelach oczywiście.

W tamtym czasie byłam pogodzona ze śmiercią. Przed wyjazdem obejrzałam wszystkie brazylijskie filmy w tym temacie. Nie bałam się niczego. Nawet utraty życia, które przebiegało całkiem spokojnie aż do ostatniej nocy, podczas której zostałam świadkiem strzelaniny. Widziałam jak policjant oddaje strzał w kierunku podejrzanego mężczyzny. Dwadzieścia może piętnaście metrów ode mnie. Wszyscy się rozbiegli. Schowałam się za rogiem. Nie wiedziałam, że tak nie można. Zabrała mnie stamtąd moja koleżanka, tłumacząc, że ten, którego próbowano zastrzelić schowałby się dokładnie w tym samym miejscu. Miałam po prostu uciekać przed siebie.

Po trzech miesiącach znalazłam się w São Paulo gdzie m.in. ukończyłam darmowy kurs cyrkowy cir wheel. Potem ruszyłam na północ, Bahia, Ceara, Pará i w końcu pięciodniowa przeprawa do Amazonii. I znów widoki, które ściskają gardło i serce. Kilkuletnie dzieci, podpływające kajakami jak najbliżej statku, wspinające się na pokład i próbujące sprzedać świeże owoce, palmito, czy cocadas. Jedząc jogurt przyglądałam się temu wszystkiemu, znów pytając siebie, dlaczego świat jest taki niesprawiedliwy, gdy nagle podeszła do mnie kilkuletnia dziewczynka i zapytała, czy mogłabym jej oddać moją metalową łyżkę, którą jadłam jogurt. Chciała zrobić prezent swojemu bratu…

Niektórzy z pasażerów rzucali też pakunki w kierunku małych kajaków, podejrzewam, że było to głównie jedzenie i ubrania. Sam pobyt w Amazonii to kolejna niesamowita przygoda! Trzy miesiące gotowania na ogniu nauczyły mnie docenić luksus gorącej wody z czajnika elektronicznego. Co prawda smak potraw przygotowanych na ogniu jest dużo lepszy, a sama czynność gotowania szalenie ekscytująca przez pierwszy tydzień. Potem zaczyna się tęsknić za codziennymi udoskonaleniami życia. Wszyscy znajomi pytali o to czy widziałam jaguara i anakondę. Dopiero podczas pobytu w Amazonii zdałam sobie sprawę, że to dobry temat tylko do rozmów. Szczególnie gdy śpisz w dżungli, przebudzając się co jakiś czas by sprawdzić, czy ogień się pali, jaguar to ostatnia rzecz, której potrzebujesz. Pomimo tego, że żyłam tak blisko korzeni, jak nigdy przedtem to zaskoczyła mnie znacząca obecność cywilizacji w tym miejscu.

A teraz? Jestem w Danii. Jest tu tak czysto i spokojnie! Wszystko jest takie proste nawet wypożyczenie samochodu, który bierzesz wprost z ulicy, używasz, po czym zostawiasz w dowolnym miejscu! Ale ja tęsknie za Brazylią, bo gdy wszystko jest zbyt perfekcyjne, nie ma o co walczyć, to nie czujesz, że żyjesz. Ja muszę czuć wyzwania i przeszkody- to dla mnie pełnia życia. Muszę uczyć się czegoś nowego codziennie i kolekcjonować nowe doświadczenia! Myślisz, że ja nie martwię się o przyszłość? Oczywiście, że tak! Słucham rodziny, która każe mi „żyć normalnie”, patrzę na przyjaciół, którzy tak właśnie żyją. Czasem brakuje mi wielu rzeczy. Zdarza mi się nawet martwić, że nigdy ich nie zdobędę i nie osiągnę. To normalne. Ale odnalazłam to, co czyni mnie szczęśliwą. Staram się też nie myśleć za dużo o przyszłości, która może nigdy nie nadejść. Bo zaraz mogę być za daleko, by kochać moje życie tak mocno jak kocham je teraz!

Aneta Ruszczyńska

Aneta Ruszczyńska

Zawsze służy dobrą radą i potrafi rozbawić każdego do łez. Choć jej sercu bliższa jest Europa Wschodnia, a podróżując po Ukrainie czuła się jak w domu, to od 1,5 roku mieszka w USA - obecnie w Nowym Jorku. Korzystając z tego nie marnuje żadnej okazji, by poznawać Stany kawałek po kawałku. Na stronie więc przybliży nam życie za Oceanem i pochwali się tym, co udało jej się do tej pory zwiedzić.
Aneta Ruszczyńska
OBSERWUJ NAS Facebookinstagram
UDOSTĘPNIJ Facebooktwittergoogle_plus
  • Aga z podróży szczypta

    cudowny wpis. Nawet nie wiesz ile cytatów sobie przepisałam. Tak mało znam osób, które kochają swoje życie, mają odwagę iść własną drogą…