Mieszkam w Malmö

Dochodzi siódma. Jest niedziela. Całkiem słoneczna, jak na skandynawskie warunki i wietrzna – w standardzie. Miasto jest prawie puste, gdzieniegdzie widać ślady wczorajszej imprezy. Jeden nieszczęśliwy mężczyzna biegnie na pociąg. Pewnie do pracy. Dwie pijane dziewczyny przeklinają po szwedzku autobus, który odjechał im sprzed nosa. Przechodzę pomiędzy nimi, stąpając po niedbale rozłożonym przede mną dywanie ze śmieci.

Przystaję na chwilę i obserwuję to, co się dzieje. Patrzę na nich. Na te dziwne stworzenia, które przybyły do Malmö ze średnio znanych nam środowisk. Obserwuję ich dzikie, głośne zachowania. Bez poczucia wstydu czy nietaktu wyciągają śmieci ze śmietników! Nie zważają na to, kto jest obok! Kłócą się między sobą, ale ciężko to zrozumieć… Nie możemy ich zaakceptować… Te dzikusy nie rozumieją zasad, według których my żyjemy. Nie akceptują naszych norm. Nie zważają na nic! To, że ich obserwuję, nawet ich nie peszy! Nie przestają zachowywać się, jakbyśmy wszyscy żyli w dziczy. To nie są ludzie. Trzeba wszystkich wystrzelać…

Mieszkam w Malmö i budzę się w tym mieście już od dwóch lat. Całe szczęście, że się w ogóle budzę, bo w tak wybuchowym i niebezpiecznym mieście to cud, by przetrwać. Nie noszę burki, nie mówię po arabsku i nie cytuję Koranu. Upalnym latem zdarzało mi się nawet założyć krótkie spodenki i zwiewne sukienki.

Mieszkam w Malmö – mieście, w którym żyją przedstawiciele ponad 170 krajów świata, mówiący w 150 językach. W mieście, w którym znalezienie jakiejkolwiek kuchni świata jest łatwiejsze niż znalezienie oscypka w Zakopanem. W mieście, w którym brazylijskie mango sprzedaje mi Pan z Afganistanu, a falafel, który stał się lokalnym przysmakiem, przyrządzany jest przez Pana Syryjczyka.

I gdzieś pomiędzy wybuchającymi samochodami, a gwałcącymi się kulturami Bliskiego Wschodu i Już Nie Tego Zachodu, mieszkamy MY – Polacy. Czasem smutni, czasem źli, zawsze narzekający. Niektórzy przyjechali do Szwecji kilka miesięcy temu, bo mogli i chcieli. Kilkanaście lat temu, bo była szansa na lepsze jutro. Kilkadziesiąt lat temu, by chronić swoje życie. Niezależnie od tego, jak długo tu mieszkają, większość z nich ma jasne i dobitne w przekazie zdanie o uchodźcach.

Ociekającą nienawiścią opinię o uchodźcach w Malmö miała też Pani, którą poznałam w samolocie z miasta Allaha do miasta, w którym już niedługo wszyscy – skrajni, partyjni, zasłużeni i przegrani będziemy świętować 100 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości.
Z twarzy niektórych ludzi można wyczytać, że są gadułami. Jej twarz wręcz krzyczała, że właścicielka musi dać upust swoim myślom i z kimś porozmawiać. Już czaiła się na rozmowę ze mną. Chwilę zbierała się w sobie zanim zapytała, czy łańcuszek, który mam na szyi jest ze złota.
– Nie, nie jest ze złota. I chociaż bardzo chciałam zapytać, dlaczego potrzebuje tej informacji, ugryzłam się w język, chcąc wyeliminować szansę na dalszą rozmowę bez zbędnych nieuprzejmości.
Mój oschły ton odpowiedzi nie przeszkadzał jej zupełnie. Bez zahamowani zaczęła historię…

Wie Pani tak pytam, czy ze złota, bo ostatnio miałam taką nieprzyjemną sytuację w Malmö… Jadę rowerem po ścieżce rowerowej, zatrzymuje mnie, wie Pani taki Murzyn. Z kolegą był. Na mopedach. O drogę chcieli zapytać. Tacy, wie Pani, to nie byli chyba prawdziwi Murzyni, nie mieli takich tych dużych warg. Z Afryki na pewno nie byli. Może gdzieś z Somalii? Mówili po szwedzku bardzo dobrze, to też im tłumaczę, jak dotrzeć do miejsca, o które pytali, aż tu nagle… jeden, wie Pani chwyta mnie za wisiorek! Zerwać chciał! To dobrze, że butelkę piwa miałam, to go zaatakowałam. Chyba się przestraszył.

Nie skomentowałam. Tylko pokręciłam głową. Sama nie wiem po co i w którą stronę, ale najprawdopodobniej wyglądałam trochę tak, jakbym udawała specyficzny ruch głowy mieszkańców Indii. A ona kontynuowała:

Wie Pani od razu dzwonię na policję. Oni mówią żebym beskriva* tych mężczyzn, no ale co… Ja w takim szoku, to co ja miałam powiedzieć. Tylko tą długą rękę pamiętam.

– No to rzeczywiście nieprzyjemna przygoda. Całe szczęście nic poważnego się nie stało.
– Jak to się nie stało? Pani wie, jak ja się bałam! Już teraz to strach samej nawet za dnia z domu wychodzić! Co to się porobiło w tej Szwecji… Olaboga! A teraz do widzenia, bo biegnę na autobus do Łodzi.

A ja po raz kolejny wracam do Polski i nie mam żadnej mrożącej krwi w żyłach historii o uchodźcach? Może powinnam ponarzekać na uchodźców dla zasady?

Mi nie zrobili nic złego, ale kuzynce szwagra kumpla, która przyjechała tu na Wielkanoc jakiś ‚ciapak’ ukradł portfel!

Najgorsza rzecz jaka mi się tu przytrafiła, to kradzież starego koszyka z roweru. Może po prostu jestem szczęściarą, którą omijają złe rzeczy? Może wszyscy moi szwedzcy znajomi też mają farta? I pomimo, że często mieszkają tu dłużej niż Janusz i Grażyna, to nic złego im się nie przytrafiło. Może tylko Polacy słyszą, jak sąsiad z Bliskiego Wschodu bije żonę? Może tylko Polacy słyszą szczytujące w Malmö kozy? Może dlatego, że naprawdę bardzo mocno chcą to usłyszeć. A rozum ludzki niezbadany jest i lubi płatać figle.

Z każdego upadku doniczki można przecież zrobić historię o katowaniu żony, a potem puścić historię w świat, lekko kolorując przed podaniem.

Mogłabym opowiedzieć Wam o bombie, która wybuchła tuż przy moim mieszkaniu, przed klubem Babel. Dwa razy w ciągu dwóch lat, zawsze o tej samej porze. Brzmi groźnie i źle, a teraz dodajmy, do tego resztę historii i powiedzmy, że stało się to w niedzielę w nocy, gdy w klubie nie było nikogo. Nikt nie zginął i nikt nie został ranny. Cała historia zamyka się do porachunków gangów, które istnieją w Skandynawii trochę dłużej niż kryzys uchodźczy w Europie. I wcale przy tym nie myślę, że spoko jest od czasu do czasu podłożyć sąsiadom bombę dla draki.

Niedawne postrzelenie przed kawiarenką internetową to też nic innego, jak przeniesienie strzelanek z komputerów na ulice przez nielubianych i znanych szwedzkiej policji obywateli.
O wybuchu samochodu w dzielnicy Rosengård dowiedziałam się z facebookowej tablicy poruszonego i oburzonego do granic możliwości kolegi ze studiów. Chciałam przeczytać cały artykuł, ale już po pierwszym zdaniu o tym, że Rosengård leży w centum Malmö wiedziałam, w jakim kierunku pójdzie wpis. Rosengård to dzielnica owiana złą sławą, która zdecydowanie nie leży w centrum miasta. Zamieszkują ją głównie imigranci i uchodźcy. Wśród nich moja znajoma z Japonii, z dwójką małych dzieci i chłopakiem – Szwedem. Odwiedzam ich czasem. Siedzimy na placu zabaw, patrzymy na bawiące się dzieci. Spacerujemy. Tam naprawdę żyje się jak u Ciebie, u niej i u niego.

Pomiędzy Polakiem, a kebabem więź jest głęboka. Kebab przywołuje wspomnienia degustacji pierwszej egzotycznej kuchni w naszym życiu, magię piątkowej nocy albo raczej sobotniego poranka. Tu też chętnie zjadają kebaby, żartując, że przez to osiedlają się Araby. Niektórzy proszą o ostry sos, inni o ekstra mięso, ale niezależnie od specjalnych życzeń klienta, każdy kebab dla Polaka wypełniony jest nadzieją, że „ciapak nie dotykał swojej kozy przed tym, jak zaczął komponować moje danie”. Hihi.

Nie no Ci od kebabów są spoko, bo przynajmniej pracują! Nie jak ta reszta! Pierdolone nieroby!

Słyszę od jednego Polaka i myślę sobie, jak bardzo musi go gdzieś ściskać i uwierać, że on musi jeszcze trochę popracować, by zdobyć prawo do zasiłku, a potem doić szwedzki system! Bo Polakowi można, ale temu drugiemu już nie!

Na temat uchodźców w Malmö z Polakami rozmawiam już tylko w swojej głowie. Nie ma sensu się odzywać, przekonywać do swoich racji, bo on w końcu i tak powie, że nie jest przecież rasistą, bo nie ma problemów z Azjatami. Tylko te jebane ciapaki, brudasy, zwyrole, wszystko, co najgorsze.

Nie potrafią zaakceptować zasad kraju w którym żyją! Już Ci mówiłem!

Pytam więc – A ty? Czemu nie akceptujesz zasad w kraju, w którym świadomie zdecydowałeś się mieszkać?

To nie są ludzie. Trzeba wszystkie wystrzelać. Te pieprzone mewy.
*att beskriva – opisać

Aneta Ruszczyńska

Aneta Ruszczyńska

Zawsze służy dobrą radą i potrafi rozbawić każdego do łez. Choć jej sercu bliższa jest Europa Wschodnia, a podróżując po Ukrainie czuła się jak w domu, to od 1,5 roku mieszka w USA - obecnie w Nowym Jorku. Korzystając z tego nie marnuje żadnej okazji, by poznawać Stany kawałek po kawałku. Na stronie więc przybliży nam życie za Oceanem i pochwali się tym, co udało jej się do tej pory zwiedzić.
Aneta Ruszczyńska

Latest posts by Aneta Ruszczyńska (see all)

OBSERWUJ NAS Facebookinstagram
UDOSTĘPNIJ Facebooktwittergoogle_plus