Moje pierwsze razy w USA – czyli 13 faktów, które mogą zaskoczyć

Przeprowadzka do innego kraju, na inny kontynent, na którym nigdy wcześniej się nie było, jest ekscytująca. Dostarcza też wielu wrażeń i przeżyć z tej samej kategorii. I nawet w Stanach Zjednoczonych, które pomimo wymogu wizowego można z łatwością odwiedzić i odkrywać dzięki różnorodnym wymianom studenckim czy kulturowym, istnieje ryzyko zaliczenia paru wtop czy wpadek oraz napotkania na sytuacje, które zapamiętacie do końca życia.

usainsta1200

Na potwierdzenie moich słów, podzielę się więc z Wami kilkoma sytuacjami i wpadkami z ostatnich dwóch lat. Wszystkie miały miejsce podczas mojego pomieszkiwania w Stanach, a niektóre z nich są dość żenujące. Pomimo wszystko opowiem Wam o nich, bo nigdy nie byłam specjalistą z zakresu „życie w USA”, mój angielski był, jaki był, a samo mieszkanie za oceanem nigdy nie było moim marzeniem.

1. Pierwsze starcie z policją

Muszę się pochwalić, że unikanie jakiegokolwiek kontaktu z policją wychodziło mi całkiem dobrze przez całe moje życie. Miało co prawda miejsce jakieś małe przesłuchanie w liceum, ale nigdy nie zostałam spisana, tak samo, jak nigdy nie dostałam mandatu. Taki ze mnie wzorowy obywatel. Zmieniło się to na obczyźnie.

Nie jest ważny powód mojego pierwszego zatrzymania, bo dramatyzm i komizm całej sytuacji polegają na scenerii, w jakiej się to rozegrało. Piękny piątkowy wieczór w Philadelphii, po pracy, przed weekendem – wszystko malowało się w doskonałych barwach poza jednym elementem. Nie miałam butów na imprezę. O nie! I musicie mi uwierzyć, że naprawdę ich nie miałam, bo nie jestem jedną z kobiecych stonóg, które widzą wielką różnicę w czarnych balerinach z kokardką i ciemnogranatowych z kwiatuszkiem i prawdopodobnie nigdy nie starczy im życia na przymierzenie swojego obuwniczego dorobku.

Moje szpilki dnia codziennego :D

Moje szpilki dnia codziennego :D

Tak czy inaczej w drodze do sklepu zaczął podążać za mną policyjny radiowóz. Nic sobie z tego nie robiłam, dopóki nie zobaczyłam wariujących za mną świateł i nie usłyszałam dźwięku syren. Zjechałam nieco bardziej na prawo, ale policyjny radiowóz niekoniecznie chciał mnie wyprzedzić. Zajęło mi kilka sekund, żeby przeanalizować dane i stwierdzić, że to mnie chce zatrzymać!

Zaparkowałam więc na pierwszym możliwym miejscu parkingowym i już, już otwierałam drzwi, próbując wyjść z samochodu, żeby wyjaśnić sobie z Panem Policjantem, o co chodzi, gdy nagle wymierzył z broni palnej w moim kierunku i krzyczał, że mam się nie ruszać. Tu nie miałam już czasu na analizowanie danych, tu po prostu przeleciało mi życie przed oczami. Kilka sekund później już wiedziałam, że powinnam zostać w samochodzie, otworzyć okno i czekać. Potem było nieco lepiej. Pan Policjant przestał na mnie patrzeć, jak na uzbrojonego po zęby człowieka, który usiłuje wyjść z samochodu, żeby go zabić i pytał już tylko, gdzie leży Polska oraz próbował poprawnie wymówić moje nazwisko.

2. Pierwszy zakup pizzy

Niby nic wielkiego i skomplikowanego, ale mi udało się zepsuć tę prostą czynność. Gdy myślimy „Ameryka”, od razu na myśl przychodzą nam hamburgery i cola. Może nie wszyscy wiedzą, ale Amerykanie jedzą także ogromne ilości pizzy. W wielu domach piątek jest dniem zamawianej pizzy, spożywanej z papierowego talerza podczas oglądania filmów. Przyznam szczerze, że pizza pepperoni nigdy nie smakowała mi tak bardzo, jak w USA. Mam swoją teorię, że dosypywana jest tam specjalna przyprawa, która nie pozwala Ci przestać jeść – tak, to też jest powód, dla którego nie znam osoby, która nie przytyłaby podczas dłuższego pobytu w Stanach.

Zdradziecka pizza

Zdradziecka pizza

Kończąc jednak ten nudny wstęp przechodzę do sedna, dając Wam powód, by się ze mnie pośmiać. Jak większość wtop i wpadek, ta również miała miejsce w Philadelphii. Razem z koleżanką odkrywałyśmy turystyczne zakątki tego miasta, gdy nadeszła pora lunchu, a my zdecydowałyśmy się na coś szybkiego i taniego w budynku The Bource. Wypatrzyłam sobie najtłustszy kawałek pizzy i gdy nadeszła moja kolej poprosiłam sprzedawcę o piece of pepperoni. Ten lekko zdziwiony i z niedowierzaniem zapytał, czy tylko jeden. Nieco oburzona (bo przecież aż tak nie przytyłam, żeby było widać, że nie najem się jednym kawałkiem) mówię, że tak tylko jeden! Wzruszył ramionami, dziwnie się uśmiechnął, wziął do ręki szczypce i zdjął mi jeden kawałek pepperoni z gotowego już kawałka pizzy…

Wtedy zorientowałam się, że zamiast słowa piece powinnam użyć słowa slice i może wtrącić też, że chodzi o pizzę. Nigdy więcej nie popełniłam już tego błędu.

3. Pierwsze wyjście do restauracji

Uczciwie zaznaczę już na początku, że nie opowiem przy tej okazji nic żenującego. Po prostu zdziwiło mnie, że niezależnie od tego, co zamawiasz, zawsze na początek dostajesz darmową wodę. Co prawda przefiltrowaną kranówę, ale nikt nie narzeka. Warto mieć też na uwadze, że porcje są ogromne i rzadko udaje się pochłonąć wszystko z talerza, a niejednokrotnie można najeść się samą przystawką.

4. Pierwsze spotkania z uprzejmością Amerykanów

O Amerykanach można by mówić godzinami. W ciemniejszym i jaśniejszym świetle, jednak nikt nie odmówi im uprzejmości. Czy wrodzona, czy sztuczna i na pokaz – nie wiem. Nie zastanawiałam się nad tym, gdy mroźną zimą przetrzepywałam swój portfel w poszukiwaniu 25centówek, cicho przeklinając pod nosem, chcąc zapłacić za parking, gdy nagle jakaś pomocna ręka wsypała mi tyle monet, że starczyłoby mi na parking całodobowy. Albo gdy po którejś nieudanej próbie użycia metro karty (na której na pewno miałam środki) pewien pan po prostu oddał mi swoją, mówiąc, że i tak jej nie potrzebuje. Najwięcej radości sprawiło mi odkrycie nielimitowanych przejazdów metrem na najbliższy tydzień.

5. Przyrośnięci do samochodowego fotela

Nie pamiętam tego dokładnie, ale podejrzewam, że byłam podekscytowana, gdy tata pierwszy raz zabrał mnie do McDonald’s i zamówiliśmy jedzenie przez jedno okienko, a ono z prędkością światła wyszło przez następne. Nie trzeba używać nóg, czekać i wystarczy tylko wyciągnąć rękę. Nigdy jednak nie podejrzewałam, że istnieje taka opcja McDrive gdziekolwiek poza McDolnald’s.

Dziś  już wiem – istnieje. Nie mogłam nadziwić się własnym oczom, gdy pierwszy raz zobaczyłam bankomaty przystosowane do obsługi klienta bez potrzeby wychodzenia z samochodu. Po prostu otwierasz szybę, wkładasz kartę, pyk, pyk, klik, klik i gotowe.

To samo tyczy się skrzynek pocztowych, niektórych aptek lub odbierania dzieci ze szkoły. W tym ostatnim przypadku ustawiasz się w ciągu samochodów, czekasz aż znajdziesz się pod drzwiami szkoły, otwierasz drzwi, dziecko wskakuje, myk, myk i gotowe. Wszystko bez potrzeby wychodzenia z auta.

6. Pierwszy makaron z serem

Od dziecka lubiłam dziwne połączenia smakowe, które niewiele osób rozumiało i zazwyczaj tylko obserwowało ze skwaszoną miną. Nie spodziewałam się więc, że kiedykolwiek coś tak bardzo zaskoczy moje kubki smakowe, jak makaron z serem czy kanapka z masłem orzechowym i dżemem ( a może powinnam powiedzieć jelly, bo w oryginale ten rarytas ma się nijak do dżemu).

O ile wyżej wspomniana kanapka na zawsze wpisze się do mojego jadłospisu, o tyle mac’n cheese to dla mnie zupełnie niezrozumiały wynalazek amerykańskiej kuchni. Wysłałam moim rodzicom jedno opakowanie, by mogli spróbować, czym rozpieszczają swoje kubki smakowe Amerykanie i chociaż w domu kawioru nigdy nie jedliśmy, a jedzenia nigdy się nie wyrzucało, to rodzice polegli w walce z makaronowym szaleństwem.

7. Pierwsza jazda po autostradzie

Była trochę przerażająca, ale tytuł córki zawodowego kierowcy zobowiązuje. Pięć pasów w jednym kierunku, skrzyżowania wielkich autostrad, duże samochody, rozjazdy prowadzące donikąd, a przed Tobą toll do zapłacenia. Szaleństwo:)

8. Pierwszy raz w „koledżu”

Czasy na: „Hej co u Ciebie, jak zaliczenie z marketingu politycznego u JJa? Ja właśnie wróciłam z KOLEDŻU i muszę pisać esey” niestety się skończyły.

Na zawsze jednak zapamiętam moje królewskie, pierwsze przejście korytarzami Delaware County Community College i picie wody ze śmiesznego zlewu, znanego mi tylko z amerykańskich filmów. Dodam jeszcze, że nie przewidziałam siły i kierunku strumienia wody, trafiając nim prosto w oko. Utrzymuję jednak, że nikt tego nie widział, a ja sprytnie udałam, że nic się nie wydarzyło.

Niepozorne wejście do NYU

Niepozorne wejście do NYU

Potem znalazłam się na Uniwersytecie w Nowym Jorku, co było jeszcze bardziej ekscytujące, przede wszystkim z uwagi na fakt, że miałam już wprawę w piciu wody z amerykańskiego wodopoju i od tego pierwszego pechowego razu strumień wody już zawsze trafiał tam gdzie powinien.

9. Pierwszy raz na imprezie z czerwonymi kubkami

Zawsze było miło, ale bez szału. Czy to czerwone kubki pod amerykańską flagą, czy gratisowy kieliszek Sobieskiego pod polskimi sztandarami – alkohol wypity zewsząd i wszędzie działa tak samo. Gdy jednak wspominałam kilkukrotnie, że w Polsce organizowane są imprezy na styl amerykański, a podstawowym i obowiązkowym gościem są tam czerwone kubki, tutejsi ludzie nie chcieli mi wierzyć.

10. Pierwsze jedzenie Marshmallow z ogniska

Wszystko, co słodkie smakuje dobrze, ale roztopiona czekolada Hershey’s z ciepłą pianką na chrupiącym krakersie to istny i ustny orgazm.

Ustny amerykański orgazm

Ustny amerykański orgazm

11. Pierwszy raz na zakupowym szaleństwie Czarnego Piątku

Pomimo że nie obwieszam i nie obkładam się gadżetami, to zakupowe szaleństwo Amerykanów po święcie Dziękczynienia jest dość egzotycznym wydarzeniem. Telewizory na pół ściany za 100$ czy zupełnie niepotrzebne tablety za 150$ i dziki tłum, gotowy zabić za kolejny produkt z jabłkiem.

Razem z koleżanką skupiłyśmy się bardziej na centrach handlowych i outletach, gdzie ceny ubrań i kosmetyków też ucieszyły niejednego. Kolejny Czarny Piątek już za tydzień!

12. Pierwszy indyk

Chociaż nic nie przebije kuchni mojej mamy, w tym jej sposobu przyrządzania indyka, to ten amerykański, wielki indyk, karmiony hormonami wzrostu, wypełniony stuffingiem, smakował wybornie i kolejny raz mogłam poczuć się, jak w Amerykańskim serialu dla nastolatek.

13. Pierwsza reklamacja

I znów będzie o butach. Co prawda nie tych kupionych w Philadelphii po pechowym spotkaniu z policją, ale o zupełnie innej parze, która zepsuła się po dwóch miesiącach od ich zakupu.

Ułożyłam sobie wspaniały monolog w głowie. Wiedziałam, że powiem Pani w sklepie, iż użyłam ich tylko 3 razy i że bardzo o nie dbałam i bla bla bla po prostu się rozkleiły. Miałam nawet historię zgubionego rachunku, którego nie mogę przedstawić, jako dowód zakupu.

I pomimo że prawda była zupełnie inna, bo rachunek wyrzuciłam, a butów używałam codziennie, to w sklepie nie musiałam powiedzieć ani słowa poza tym, że buty mi się rozkleiły i chce zwrot pieniędzy. Pani powiedziała, że jest jej przykro, bo są cute, przeprosiła i przetransferowała 100% ich wartości na moją kartę. Reklamacje, wymiany i zamiany chyba nigdzie nie są tak proste jak w USA. Dotyczy to dosłownie wszystkiego. Kupisz tusz do rzęs i nie będziesz z niego zadowolona? Spokojnie możesz odnieść go do sklepu i otrzymać zwrot pieniędzy. Znając polską mentalność, w naszym kraju pewnie by to nie przeszło. Bo skoro można coś używać, a potem zwrócić bez podawania przyczyny, to czemu by nie zacząć robić tego zawsze?

Kończąc już moje opowieści o pierwszych razach…

…dodam tylko, że każda przeprowadzka i zmiana otoczenia niesie ze sobą masę przygód i nowych doświadczeń. Warto pomieszkać za granicą nawet po to, by docenić smak polskiego chleba, zrozumieć wyjątkowość naszego pochodzenia czy przekonać się, jak żyją inni. Jak można zrobić coś inaczej. Nieważne, czy lepiej, czy gorzej. I chociaż początki mogą wydawać się ciężkie, a wiele rzeczy niezrozumiałych, to warto zaryzykować, by kiedyś pośmiać się z próby zakupu kawałka pizzy.

Jestem pewna, że było jeszcze kilka językowych wpadek po drodze, śmiesznych zdarzeń i żenujących historii. Tak samo, jak jestem pewna tego, że popełniłabym o wiele więcej gaf, gdyby nie moje koleżanki. Dzięki Daria, że byłaś ze mną, gdy pierwszy raz tankowałam samochód w Pennsylvanii, bo jestem pewna, że zrobiłabym coś nie tak.

Może ktoś z Was podzieli się swoimi wpadkami z zagranicznych podróży? :)

Aneta Ruszczyńska

Aneta Ruszczyńska

Zawsze służy dobrą radą i potrafi rozbawić każdego do łez. Choć jej sercu bliższa jest Europa Wschodnia, a podróżując po Ukrainie czuła się jak w domu, to od 1,5 roku mieszka w USA - obecnie w Nowym Jorku. Korzystając z tego nie marnuje żadnej okazji, by poznawać Stany kawałek po kawałku. Na stronie więc przybliży nam życie za Oceanem i pochwali się tym, co udało jej się do tej pory zwiedzić.
Aneta Ruszczyńska
OBSERWUJ NAS Facebookinstagram
UDOSTĘPNIJ Facebooktwittergoogle_plus
  • ekspert

    Myśle, że zapomniałaś i wielu pierwszych razach :D
    uczyłam Cię tankować a Ty i tak potem dzwoniłaś spanikowana czy jak nie zakończyłaś poprawnie transakcji to ktoś może zatankować na Twój koszt. ahh to były piękne czasy </3

    • aneta

      Dobra, dobra już nie rób z siebie takiego eksperta :P spanikowałam, bo mi wtedy nie wydało rachunku ani żadnego potwierdzenia, poza tym to to była jakaś prawie opuszczona stacja benzynowa pod szyldem „krzak”:P

  • Marta Gęśla

    apropo’s wpadek językowych: byłam z koleżanką we Włoszech i w hotelu byl bar i wieczorkiem chcialysmy sobie poprobować różnych rodzajów kaw. wybór padł na cafe latte, no to podchodze do barmana i proszę o : two latte, on do mnie latte? (ja sie zdziwilam czy cos nie tak wymówilam czy co?) więc powtórzyłam, yes, two latte. no i zapłaciłam jakos dziwnie mało ;) okazuje się że dostalyśmy z kolezanką ciepłe mleczko z pianką na dobry sen ;) do tej pory pamietamy zeby przypadkiem nie ominąc słowa caffe ;)

    na drugi dzien już byłysmy mądrzejsze i wiedziałyśmy co wcisnąć a automacie kawowym i jakie było zdziwienie innych wycieczkowiczów jak wciskając „latte” nie dostali kawy tylko ciepłe mleczko ;)