Nie mów mi, że wiesz, co to znaczy wyjść ze strefy komfortu

Panuje swego rodzaju moda na mówienie o tej przełomowej akcji, jaką jest opuszczenie swojej strefy komfortu. Na pewno nieraz spotkaliście się z historią 30-kilkuletniego Krzysztofa, który rzuca ciepłą posadę w korporacji, pakuje plecak i ląduje na rajskiej wyspie na Filipinach. W tym samym czasie, w innym polskim mieście, Kasia sprzedaje apartament, który kupili jej rodzice z okazji obrony tytułu licencjata i wyjeżdża na podbój Afryki.

Niektórzy moi znajomi również posądzają mnie o „wychodzenie ze strefy komfortu”, bo wyjechałam do USA, zaraz potem znalazłam się w Brazylii, a następnie w Danii. Tylko, że moja strefa komfortu jest mała, „zabieram” ją więc ze sobą, a gdy brakuje mi któregoś z jej elementów, szybko buduję go na nowo. Niewiele wiem o opuszczaniu strefy komfortu. A od kiedy poznałam Gemme, wiem, że nie mam o tym zielonego pojęcia.

Dość niespodziewanie trafiam do małej, brazylijskiej miejscowości Presidente Figueiredo. Późną nocą przyjaciółka przyprowadza mnie na camping założony przez starszego pana, którego imienia nikt nie zna. Wszyscy wiedzą jedynie, że jest mistrzem Capoeiry urodzonym w stanie Bahia, który jako pierwszy przyniósł tę sztukę walki do Amazonii. Poznaję go już następnego dnia. To Mestre Gato! A w tłumaczeniu na język polski – Mistrz Kot.

Mestre przyjeżdża codziennie w porze śniadania z bułkami i jajkami, czasem przynosi też caju – owoc, który ma całkiem zabawną polską nazwę – nanercz zachodni (to właśnie z niego wyrasta dobrze wszystkim znany, drogi i lubiany – orzech nerkowca). Mistrz po śniadaniu znika.

Interesu dogląda za niego Dayana, która uciekła przed złą sytuacją ekonomiczną  w Wenezueli, zabierając ze sobą tylko jedno z czworga swoich dzieci. Żyje ze sprzedaży ręcznie robionych patyczków do upinania włosów. Namiot, w którym mieszka, współdzieli ze swoim chłopakiem. Brazylijczykiem, który przeprowadził się do Amazonii, by rozwijać talent piłkarski, ale w pewnym momencie coś poszło nie tak i został z niczym.
Poza nimi jeszcze kilka osób mieszka na tym campingu, wynajmując pokoje od Mistrza. Ciężko powiedzieć, ilu ich jest, bo codziennie pojawia się ktoś nowy, ktoś inny przemyka, ktoś inny znika.

Od razu poznaję też Zuzę i Łukasza – szalonych polskich autostopowiczów, którzy do Amazonii przyjechali stopem z Rio de Janeiro! Są też dwie inne autostopowiczki, które wpadły skorzystać z paleniska – Naomi i Gemma. W drodze od ponad 2 lat!

Ciekawość mnie zżera! Na szczęście dość szybko udaje mi się usiąść z Gemmą pod palmą i dać upust wszystkim swoim pytaniom.

Gemma pochodzi z Argentyny, jest w drodze od ponad 2 lat!

Gemma pochodzi z Argentyny, jest w drodze od ponad 2 lat!

Mam ponad 30 lat, a w życiu miałam wszystko to, o co walczy większość młodych ludzi. Skończyłam studia, miałam państwową posadę i chłopaka. Ustabilizowane życie, rutyna. Przyszedł okres urlopów, więc i my zaczęliśmy planować wakacje. Chcieliśmy wyjechać poza Argentynę, jednak nie mogliśmy zgrać swoich kalendarzy. On miał wolne wtedy kiedy ja musiałam pracować i odwrotnie. Chcieliśmy wyjechać „aż” na miesiąc. Z tym też były problemy, zarówno w jego firmie, jak i u mnie.

Wkurzyło mnie to. A przecież nie jestem na tym świecie po to, żeby się wkurzać i żyć, ale po to, by się cieszyć i ŻYĆ!

Szybko podjęłam decyzję, że rzucam pracę! On zrobił to samo. Pomimo, że rodzice pukali się w głowę i zapewniali, że będziemy tego żałować, spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy. Nie mieliśmy oszczędności, nie licząc 1000 USD, żadnych zabezpieczeń, żadnego źródła dochodu. Mieliśmy siebie i głód świata.

Autostopem ruszyliśmy do Chile. Naszym celem była Patagonia. Jednak gdy tam dotarliśmy, stało się jasne, że musimy zawrócić w stronę słońca. Na południu Chile spędziliśmy tylko 4 dni, by ruszyć do Peru. Mancora to miejsce, które zapamiętałam najbardziej. Wspaniałe turkusowe plaże, słońce i wolność. Pomimo tej sielanki, szybko zdecydowaliśmy się na Ekwador.

Myślę, że wynikało to z tego, że ciągle mieliśmy zakodowane, że wszystko trzeba robić szybko, spieszyć się i ociekać myślą, że z czymś się nie wyrobimy.

W Ekwadorze było inaczej. Zatrzymaliśmy się tam na dziewięć miesięcy. Nie dlatego, że tak planowaliśmy. Tylko dlatego, że tak wyszło. Wiesz… tam też poznałam jednego chłopaka z Polski, który żył, sprzedając polskie shoty na plaży. Nazywał je tak dziwnie, coś z „dog„. O właśnie – Wściekły Pies! My pieniądze, które umożliwiały nam przeżycie, zdobywaliśmy poprzez różnoraką pracę z ludźmi. Miałam grupkę dzieci do nauki akrobatyki i sztuczek cyrkowych. Organizowałam też kursy szycia. Jest wiele młodych, zagubionych osób, które nie wiedzą co zrobić ze swoim życiem. Chciałam im pokazać, że nawet z jednego kawałka materiału można wyczarować coś ekstra, a kilka takich kawałków materiału potraktować jako swój sposób na życie. Miałam nawet wstępną umowę z rządem w Ekwadorze na organizację tego typu kursów na większą skalę. Cieszyłam się, że mój projekt ma szansę powodzenia aż w takim wymiarze! Do tego zaproponowali mi całkiem duże pieniądze. Niestety ciągle przekładali, odwoływali i zwodzili mnie za nos. Ruszyliśmy więc do Kolumbii.

Mieliśmy w kieszeni 20 pesos kolumbijskich (ok. 3 grosze) i jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że ten kraj, będzie naszym ostatnim, wspólnym przystankiem. Rozstałam się ze swoim chłopakiem, on ruszył w swoją stronę, a ja w swoją.

Nie bałam się podróżować sama, ale nie było mi dane robić tego zbyt długo. Samotnie przejechałam dystans ok. 100 km. z Santa Marta do Palomino. A tam, na mojej drodze stanęła Naomi.

Naomi pochodzi z Chile, podróżuje razem z Gemmą i dwoma psami

Naomi pochodzi z Chile, podróżuje razem z Gemmą i dwoma psami. Na zdjęciu wraz z wenezuelską rodzinką, która w Brazylii szuka lepszego życia.

Między innymi dzięki temu, to moje ulubione miejsce. Miejsce, w którym działa się magia, ale również miejsce, któremu przypisuję najniebezpieczniejsze wydarzenie całego wyjazdu. Zostałam ugryziona przez psa. Wdarło się zakażenie. Moja łydka spuchła tak, że nie przypominała żadnej części ludzkiego ciała. Byłam trochę spanikowana, ale na szczęście mogłam liczyć na ludzi. Ktoś zaprowadził mnie do szamanów, którzy przy użyciu siedmiu liści pomogli mi, jak nigdy żaden doktor. Po ukąszeniu została tylko mała blizna. Razem z Naomi postanowiłyśmy zorganizować sobie rowery i ruszyć do Wenezueli.

Jeśli pytasz, czy rzeczywiście jest tam tak źle, jak mówią wszyscy dookoła, to muszę Ci powiedzieć – tak, jest kryzys. Głód i niepewność jutra.Czy jest niebezpieczniej niż zazwyczaj? Spędziłyśmy tam prawie 4 miesiące i nigdy nie spotkało nas nic złego. Ale spójrz na nas. My nic nie mamy. Poza dwoma psami, które zaadoptowałyśmy po drodze.

Decyzja o przyjeździe do Brazylii była naturalna i łatwa, sam wjazd do kraju – przeciwnie. Brazylijsko-wenezuelska granica nie należy dziś do najprzyjemniejszych miejsc na świecie. Z powodu kryzysu wiele osób szuka bezpieczniejszego, lepszego życia w Brazylii. My w oczach celników też na takie wyglądałyśmy. Spędziłyśmy na granicy kilka dni, zanim w porozumieniu z chilijską i argentyńską ambasadą wpuszczono nas do kraju.

Teraz mieszkamy za darmo w opuszczonym, niedokończonym domu Senhory Marii, dlatego przychodzimy do Was, by skorzystać z „kuchni”. O „naszym domu” dowiedziałyśmy się od innych, którzy podróżują tak jak my. Senhora Maria jest niesamowita i kochana! Widziałaś ten dom? Chodź, pokażę Ci, jaki jest piękny! Nie ma okien i podłóg, ale przecież my nawet tego nie potrzebujemy. Widzisz na piętrze mamy sypialnię – nasze hamaki i moskitiery, które tworzą taki księżniczkowy klimat! Nasze psy śpią tutaj. Widziałaś ten krzak z ananasem przed domem? Super, nie? A naszą toaletę widzisz z tego miejsca, z którego my każdego ranka obserwujemy skaczące małpy. Widzisz ją przez okno. Kąpiemy się w rzece, gotujemy u Was. My naprawdę mamy wszystko!

Ale trzeba ruszać dalej. Jedziemy do Manaus! Idziesz ze mną do miasta, zapytać, czy ktoś wie, o jakiejś caronie wyjeżdżającej jutro rano? Rowerem to trochę za daleko. Ludzie lubią zwierzęta, więc nigdy nie miałyśmy problemu ze złapaniem stopa. Czasem tylko problemem jest zapakowanie rowerów. Pies Naomi jest już duży, więc potrzebuje takiej „przyczepki”, którą kiedyś zrobił jej dobry człowiek, używając do tego wózka z supermarketu!

Bo ludzie są dobrzy. Zawsze pomocni, ciepli, otwarci. Nakarmią, podwiozą, pocieszą.

Pomimo, że przez większość czasu żyję bez pieniędzy, to nigdy mi ich nie brakowało. A jak je mam, to są to sumy minimalne. Powinnam sobie kupić telefon, bo swój straciłam gdzieś po drodze, podobnie zresztą jak aparat. Ktoś mi ukradł. Trudno. Ale telefon by się przydał, żebym częściej mogła rozmawiać z rodzicami i babcią. Tęsknią. Ja też tęsknie. Mój ojciec nawet odwiedził mnie raz podczas mojej wędrówki. Mama niestety, nie lubi latać, więc ja muszę jechać do domu. Wiem, że chciałaby też poznać Naomi i nasze psy. Pojadę tam. Na chwilę. Zobaczę całą rodzinę, znajomych. Myślę, że na dwa miesiące, nie więcej.

Ja już nie umiałabym żyć inaczej. Nie teraz. Na pewno nie teraz. Może kiedyś… Może wcale.

Ale kiedyś na pewno chcę mieć dziecko. Tylko nie wiem, czy chciałabym wychowywać je „normalnie”. Poznałam wiele dzieci podróżników, i te wychowane w drodze są tak inne od reszty! Chcę żeby moje dziecko poznało świat namacalnie, nie przez Google…

Aneta Ruszczyńska

Aneta Ruszczyńska

Zawsze służy dobrą radą i potrafi rozbawić każdego do łez. Choć jej sercu bliższa jest Europa Wschodnia, a podróżując po Ukrainie czuła się jak w domu, to od 1,5 roku mieszka w USA - obecnie w Nowym Jorku. Korzystając z tego nie marnuje żadnej okazji, by poznawać Stany kawałek po kawałku. Na stronie więc przybliży nam życie za Oceanem i pochwali się tym, co udało jej się do tej pory zwiedzić.
Aneta Ruszczyńska
OBSERWUJ NAS Facebookinstagram
UDOSTĘPNIJ Facebooktwittergoogle_plus
  • Martyna

    Świetny wpis! Niesamowite jakich ludzi można spotkać po drodze i jak bardzo zmienia to światopogląd. Żyjąc w Europie, studiując, pracując, wynajmując mieszkanie myśli się, że nie da rady tak żyć… a jednak :) i można być dużo bardziej szczęśliwym! Mam nadzieję, że też spotkam podobnych ludzi na swojej drodze.

    • Cieszę się, że Ci się podoba! To fakt, wystarczy wyjść z domu, wziąć wolne od codzienności, by szybko przekonać się, że świat jest pełen cudownych, inspirujących ludzi! Oczywiście, że takich spotkasz, dobrzy ludzie w podróży zawsze się przyciągają! :) Powodzenia w drodze!

  • Świetny reportaż, wspaniałe kobiety! Zadziwia ich siła. konsekwencja w działaniu i minimalizm, którego również uczy mnie droga. Nie trzeba wiele do szczęścia – takie cliche, ale tacy ludzie tylko potwierdzają, że da się. :-) Co do strefy komfortu – myślę, że każdy ma inną, dla jednych będzie to rzucenie korpo, dla innych coś, co pozwala poczuć, że się żyje w pełni, ważne, by obudzić się z rutyny i doceniać „tu i teraz” :-)