Oszukać przeznaczenie, przechytrzając huragan – wylot na Maui

Deszcz i ciemne, czwartkowe chmury, które zawisły nad Honolulu, zdawały się zapowiadać huragan, o którym wielokrotnie wspominałam przy okazji swoich wcześniejszych opowieści o Hawajach.

Pierwsza spontaniczna propozycja ucieczki na inną wyspę pojawiła się już nad ranem. Po całonocnej, kameralnej degustacji alkoholi i głębokich rozmowach przy brzydkim stole i na plastikowych fotelach, stwierdziliśmy, że wcale nie chce nam się spać, więc może lećmy właśnie teraz!

Już wtedy nie trzeba było pytać mnie o zdanie dwa razy, bo podróż na Maui rysowała mi się tylko w najlepszych barwach. Z wielu powodów stwierdziliśmy jednak, że godzinna drzemka, która zakończyła się sześć godzin później, jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła.

Próbowaliśmy upewnić się, że samoloty, latające pomiędzy wyspami, nie zostały odwołane ze względu na niesprzyjające warunki atmosferyczne. Nie byliśmy jednak jedynymi niepewnymi pasażerami. Czas oczekiwania na połączenie z liniami lotniczymi, przekraczający godzinę, spowodował, że spakowaliśmy cały swój dobytek, oddaliśmy klucze od hostelowych pokoi i ruszyliśmy na lotnisko, by przekonać się czy podjęta decyzja była słuszna i czy uda nam się wydostać z O’ahu.

Nie zdążyłam nawet pomyśleć o tym, że nie mamy noclegu na Maui, nie wiemy, jaka jest tam pogoda, a podróż w nieznane z kimś, kogo zna się dwa dni może być uznana za lekkie szaleństwo, ale trzymałam już kartę pokładową w ręce i wiedziałam, że nie ma odwrotu. W zasadzie to wcale nie chciałam się nigdzie odwracać, czy gdziekolwiek cofać, a gdybym mogła zmaterializować szczęście, które mnie wtedy wypełniało, to pewnie wykarmiłabym niejedną afrykańską wieś.

IMG_0401
Po 40 minutach najprzyjemniejszego lotu w moim życiu chciałam jak najszybciej wyjść z samolotu i przekonać się, co będzie działo się dalej.

A to, co się wydarzyło, chyba przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Tylko, czy ja w ogóle jakieś miałam?

Było trochę po 17, gdy wylądowaliśmy w Kahului. Najbardziej podobało mi się, że pomimo braku planów na cokolwiek nikt nie zadawał pytań, nikt nie zasiewał zbędnej dramy. Wszystko toczyło się samo, według narzuconego przez hawajski klimat rytmu. Nie wiem, czy tylko ja czułam tą radość przeplataną spokojem, którego dawno nie doświadczyłam, ale wiedziałam, że cokolwiek się nie wydarzy, będę wspominała to do końca życia.

W pewnym momencie siedziałam sama na środku lotniska, ze wszystkimi naszymi rzeczami i czekałam. Nie wiedziałam na co i jak długo, ale posłusznie siedziałam, by po mniej niż 10 minutach usłyszeć: „Chodź, mamy auto”.

Wiem, że byłoby ciekawiej i dramatyczniej, gdyby był to kradziony samochód. Całej opowieści pikanterii dodałby fakt, że w środku znajdowała się walizka z fałszywymi pieniędzmi i 50kg kokainy, ale niestety był to tylko Jeep z wypożyczalni bez żadnych gratisów w środku. OK. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że ten, kto go wypożyczył, miał całkiem niezły gust…

IMG_0737

… i jakiegoś GPSa pod skórą, bo bez pomocy nawigacji, mapy czy gwiazd odnalazł hostel, który gdzieś ktoś kiedyś polecał. Od zawsze podziwiam ludzi, którzy potrafią odnaleźć każdą drogę bez żadnych wspomagaczy, a przede wszystkim mojego tatę. On bowiem podczas niedzielnego obiadu, patrząc na równomiernie obsmażonego schabowego, potrafi wytłumaczyć dojazd do każdego miejsca w Europie, wiedząc który zjazd, kiedy i gdzie należy wykorzystać. Moja orientacja w terenie nie jest tak doskonała, chociaż ciągle nad tym pracuję.

Rainbow Surf Hostel w Paia, w którym mieliśmy spać, należy do najlepszego rodzaju hosteli – mały, kameralny i przytulny. Nie weszłam jednak od razu do środka, zostając na zewnątrz i próbując zbadać okolicę, w której się znaleźliśmy. Nagle usłyszałam: „Daj paszport, mamy pokój”.

Nie przekoloruje rzeczywistości, gdy powiem, że był to pierwszy raz od 24 lat, gdy ktoś załatwił coś dla mnie, za mnie i beze mnie (nie wliczając w to moich rodziców). Trochę nie wierzyłam w to, co się dzieje dookoła, ale nie protestowałam.

Robiło się późno. Zdecydowaliśmy się jednak poznać pozostałych hostelowych gości, których nie było wielu. Poza właścicielem, który na imię miał Kevin, a w przeszłości był szefem kuchni w San Francisco, był też Chris ze Szkocji i surfer ze Szwajcarii, którego imienia nie pamiętam. Wspomnę tylko, że tworzył on mniej i bardziej przydatne przedmioty codziennego użytku ze wszystkiego, co wpadło mu w ręce. Drewniane bransoletki, kamienne naszyjniki czy lufki z lawy wulkanu.

Trzy dziewczyny z Hiszpanii – Leticia, Nuria i Claudia. Ta ostatnia mieszkała w hostelu i oddawała się surfingowi w zamian za dbanie o hostelową czystość. Dwie wcześniej wspomniane były paniami lekarkami na urlopie. Nie sposób zapomnieć o najstarszej ciałem, ale najmłodszej duchem pięćdziesięciolatce, jaką w życiu spotkałam. Dopiero co przeprowadziła się na Maui po tym, jak zakończyła 10letni związek. Nie lubiła USA (twierdząc, że choć jest amerykanką, to jej dusza jest stu procentach europejska) oraz typowego dla starszych ludzi narzekania, za co m.in. ją bardzo polubiłam.

To był miły pierwszy wieczór na Maui. Siedzieliśmy przy stole pijąc najlepsze whisky, jakie można kupić za 10 dolarów i prowadziliśmy rozmowy typowe dla Europejczyków, którzy spotkali się w USA na wakacjach.

IMG_0424

O tym, jak upłynęły moje ostatnie cztery dni na Maui, dowiecie się wkrótce, w kolejnym wpisie. Obiecuję, że będzie dużo więcej zdjęć i prawdopodobnie będzie to ostatni hawajski wpis, więc niebawem przestane Was zamęczać hawajskimi historiami:)

Aneta Ruszczyńska

Aneta Ruszczyńska

Zawsze służy dobrą radą i potrafi rozbawić każdego do łez. Choć jej sercu bliższa jest Europa Wschodnia, a podróżując po Ukrainie czuła się jak w domu, to od 1,5 roku mieszka w USA - obecnie w Nowym Jorku. Korzystając z tego nie marnuje żadnej okazji, by poznawać Stany kawałek po kawałku. Na stronie więc przybliży nam życie za Oceanem i pochwali się tym, co udało jej się do tej pory zwiedzić.
Aneta Ruszczyńska
OBSERWUJ NAS Facebookinstagram
UDOSTĘPNIJ Facebooktwittergoogle_plus